Jak patrzeć na człowieka? Trzy lekcje miłosierdzia
Miłosierdzie zaczyna się od spojrzenia. Zanim pojawi się gest pomocy, słowo pocieszenia czy konkretne działanie, jest decyzja, czy drugiego człowieka w ogóle zauważymy. Czy zobaczymy w nim problem, obcego, przeciwnika, kogoś winnego swojej sytuacji – czy po prostu człowieka, który potrzebuje obecności, prawdy i dobra.
Październik, związany w Kościele szczególnie z pamięcią o św. siostrze Faustynie Kowalskiej, staje się dobrą okazją, aby zapytać, czym naprawdę jest miłosierdzie. Nie tylko jako nabożeństwo, modlitwa czy pojedynczy dobry uczynek, ale jako sposób patrzenia na drugiego człowieka.
W tym kontekście szczególnie mocno wybrzmiewają trzy pojęcia: „wyobraźnia miłosierdzia” Jana Pawła II, „kultura miłosierdzia” Franciszka oraz „realizm miłosierdzia” Leona XIV. Trzy różne sformułowania, trzy akcenty, a zarazem jedna droga: od zauważenia człowieka, przez spotkanie z nim, aż po odpowiedzialność za sposób, w jaki budujemy relacje i wspólnotę.

Pierwsza lekcja: trzeba umieć zobaczyć człowieka
Jan Paweł II w Novo millennio ineunte mówił o potrzebie „nowej wyobraźni miłosierdzia”. Nie chodziło mu jedynie o większą skuteczność pomocy. Papież podkreślał przede wszystkim zdolność bycia bliźnim dla człowieka cierpiącego, solidarność oraz takie pomaganie, które nie upokarza, ale staje się świadectwem braterskiej wspólnoty.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Można bowiem pomóc człowiekowi, a jednocześnie go nie zauważyć.
Można przekazać pieniądze, paczkę, ubrania czy żywność, a nie zapytać, dlaczego ktoś znalazł się w potrzebie. Można wykonać gest dobroczynny, ale pozostawić drugiego człowieka z poczuciem samotności i zależności.
Wyobraźnia miłosierdzia zaczyna się tam, gdzie kończy się obojętność.
Jan Paweł II zwracał uwagę, że współczesne ubóstwo ma wiele twarzy. Oprócz biedy materialnej istnieją samotność, utrata pracy, bezdomność, uzależnienia, wykluczenie, poczucie bezsensu czy opuszczenie w starości i chorobie.
To właśnie dlatego potrzebna jest wyobraźnia.
Nie po to, aby wymyślać efektowne akcje, ale aby dostrzegać to, czego czasem nie widać na pierwszy rzut oka.
Człowiek może mieć mieszkanie, pracę i rodzinę, a jednocześnie przeżywać głęboką samotność. Może być otoczony ludźmi, a czuć się całkowicie niewidzialny. Może codziennie się uśmiechać, a wewnętrznie zmagać się z cierpieniem.
Miłosierdzie wymaga więc uważności.
Wymaga pytania: czego naprawdę potrzebuje człowiek, którego spotykam?
Nie zawsze potrzebuje tego, co pierwsze przychodzi nam do głowy.
Druga lekcja: miłosierdzie musi stać się kulturą
Franciszek poszedł krok dalej. W Misericordia et misera mówił o potrzebie rozwijania „kultury miłosierdzia”, opartej na spotkaniu z drugim człowiekiem i przeciwstawionej obojętności oraz odwracaniu wzroku od cierpienia.
To słowo – kultura – ma ogromne znaczenie.
Kultura nie jest pojedynczym wydarzeniem. Jest tym, co z czasem staje się naszym sposobem życia.
Jeżeli w rodzinie uczymy dzieci, że słabszego nie wolno wyśmiewać, że starszemu trzeba pomóc, że przepraszać nie jest oznaką słabości, a człowiek popełniający błąd nie przestaje być człowiekiem – tworzymy kulturę miłosierdzia.
Jeżeli we wspólnocie parafialnej zauważamy samotną osobę, rodzinę przeżywającą kryzys, chorego sąsiada czy młodego człowieka, który zaczyna się wycofywać z relacji – tworzymy kulturę miłosierdzia.
Jeżeli w przestrzeni publicznej potrafimy rozmawiać bez poniżania człowieka, nawet wtedy, gdy nie zgadzamy się z jego poglądami – również tworzymy kulturę miłosierdzia.
Franciszek podkreślał, że uczynki miłosierdzia są swoistym „rękodziełem”: każdy może przybrać inną formę, ponieważ konkretna sytuacja człowieka jest zawsze niepowtarzalna.
To ważna wskazówka również dla rodzin.
Nie istnieje jeden uniwersalny sposób kochania drugiego człowieka.
Dziecko potrzebuje czasem rozmowy. Małżonek – wysłuchania. Osoba starsza – obecności. Chory – cierpliwości. Samotny – zaproszenia. Osoba, która upadła – prawdy połączonej z nadzieją.
Kultura miłosierdzia zaczyna się więc bardzo blisko.
Przy stole.
W domu.
W małżeństwie.
W relacji rodziców z dziećmi.
W sposobie, w jaki mówimy o innych, kiedy ich przy nas nie ma.
Trzecia lekcja: miłosierdzie nie jest naiwnością
I tutaj pojawia się trzecie pojęcie – „realizm miłosierdzia”, o którym mówił Leon XIV podczas spotkania w Rimini 22 sierpnia 2026 roku.
Papież przeciwstawił realizmowi, który „zbroi umysły, słowa i narody”, realizm miłosierdzia. Wskazał przy tym na zasadę, że zła nie zwalcza się złem, a także przeciwnik pozostaje człowiekiem, z którym należy się spotkać w prawdzie.
To jedna z najtrudniejszych lekcji miłosierdzia.
Bo łatwo być miłosiernym wobec człowieka, którego lubimy.
Trudniej wobec człowieka, który nas zranił.
Jeszcze trudniej wobec tego, z kim głęboko się nie zgadzamy.
Realizm miłosierdzia nie oznacza zaprzeczania złu. Nie oznacza udawania, że krzywda się nie wydarzyła. Nie oznacza rezygnacji ze sprawiedliwości, odpowiedzialności czy ochrony osób pokrzywdzonych.
Oznacza coś innego: nie pozwolić, aby zło odebrało nam zdolność widzenia człowieka jako człowieka.
Można powiedzieć: „To, co zrobiłeś, jest złe”, nie mówiąc jednocześnie: „Jesteś już tylko swoim złem”.
Można domagać się sprawiedliwości bez pielęgnowania zemsty.
Można postawić granicę bez nienawiści.
Można nie zgadzać się z drugim człowiekiem, nie odbierając mu godności.
Właśnie tutaj miłosierdzie staje się wymagające. Nie jest pobłażliwością ani zgodą na wszystko. Jest próbą połączenia prawdy, sprawiedliwości i miłości.
Między naiwnością a obojętnością
W codziennym języku często słyszymy: „Trzeba być realistą”.
Czasem oznacza to zdrowy rozsądek. Ale czasem pod słowem „realizm” ukrywa się przekonanie, że człowiek jest przede wszystkim rywalem, zagrożeniem albo narzędziem realizacji własnych interesów.
Leon XIV proponuje inną perspektywę: rzeczywistość trzeba widzieć bez złudzeń, ale nie wolno pozwolić, aby brutalność świata stała się normą naszego własnego postępowania. W jego przemówieniu pojawia się mocne przypomnienie, że grzech istnieje, ale silniejsza jest odkupieńcza miłość Chrystusa.
To właśnie jest realizm miłosierdzia.
Nie naiwny optymizm.
Nie zamykanie oczu na zło.
Nie zgoda na krzywdę.
Ale również nie przekonanie, że człowiek jest skazany na swoje najgorsze czyny, a świat może istnieć wyłącznie dzięki sile i wzajemnemu strachowi.
Trzy słowa, jedna droga
Wyobraźnia. Kultura. Realizm. Trzy słowa, które można potraktować jak trzy etapy dojrzewania miłosierdzia.
Wyobraźnia miłosierdzia uczy nas zauważać człowieka – również wtedy, gdy jego cierpienie jest ukryte. Jan Paweł II przypominał, że pomoc powinna być czymś więcej niż skutecznym działaniem: powinna wyrażać bliskość i solidarność.
Kultura miłosierdzia uczy nas budować takie relacje, w których obojętność nie staje się normą. Franciszek wskazywał na spotkanie, współuczestnictwo i codzienne dzielenie się jako drogę przeciwstawiania się indywidualizmowi.
Realizm miłosierdzia uczy natomiast, że dobro nie wymaga zamykania oczu na zło. Przeciwnie – pozwala widzieć rzeczywistość w prawdzie, a jednocześnie nie odpowiadać na przemoc kolejną przemocą.
Wszystkie trzy prowadzą do jednego pytania:
Jak patrzę na człowieka, którego spotykam?
Czy widzę jego historię?
Czy dostrzegam jego godność?
Czy potrafię zobaczyć jego cierpienie, zanim zacznę go oceniać?
Czy potrafię postawić granicę bez pogardy?
Czy umiem pomóc tak, aby nie upokorzyć?
Czy potrafię być blisko także wtedy, gdy nie mam gotowego rozwiązania?
Miłosierdzie zaczyna się od spojrzenia
Być może właśnie dlatego najważniejszą lekcją miłosierdzia nie jest pytanie: „Ile zrobiłem dla innych?” Bardziej podstawowe jest pytanie:
„Jak na nich patrzę?”
Bo sposób patrzenia bardzo często decyduje o tym, co zrobimy później.
Jeżeli widzę w drugim człowieku tylko problem – będę chciał się go pozbyć.
Jeżeli widzę w nim przede wszystkim przeciwnika – będę chciał go pokonać.
Jeżeli widzę w nim kogoś gorszego – łatwo usprawiedliwię obojętność.
Jeżeli natomiast zobaczę człowieka – jego historię, godność, rany, odpowiedzialność i nadzieję – wtedy może rozpocząć się prawdziwe spotkanie.
Miłosierdzie nie zaczyna się więc od wielkich deklaracji.
Zaczyna się od spojrzenia.
Od zatrzymania się. Od wysłuchania. Od obecności. Od decyzji, że drugi człowiek nie będzie dla mnie anonimowy. I być może właśnie tego najbardziej potrzebuje dzisiaj świat: nie kolejnych wielkich słów o miłosierdziu, ale ludzi, którzy potrafią patrzeć na drugiego człowieka tak, aby ten drugi człowiek nie czuł się niewidzialny.
Bo miłosierdzie, które pozostaje tylko ideą, nie zmienia relacji. Dopiero miłosierdzie przeżywane – w rodzinie, wspólnocie, parafii i codziennych spotkaniach – staje się stylem życia. A wtedy słowa Jana Pawła II, Franciszka i Leona XIV spotykają się w jednym miejscu: w konkretnym człowieku, którego właśnie mijamy.




Komentarze