Miłosierdzie, które działa Od spojrzenia do wolontariatu – o rodzinie, wspólnocie i życiu Polaków za granicą
Miłosierdzie łatwo pomylić ze wzruszeniem. Zatrzymać się na chwilę, współczuć, powiedzieć dobre słowo, przekazać datek. Tymczasem chrześcijańskie miłosierdzie zaczyna się dopiero wtedy, gdy spojrzenie na drugiego człowieka prowadzi do działania.
Październik jest szczególnym czasem, aby o tym przypomnieć. 5 października Kościół wspomina św. Faustynę Kowalską, której duchowe doświadczenie miłosierdzia stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych znaków polskiej duchowości XX wieku. To również dobry moment, aby spojrzeć na miłosierdzie szerzej – nie tylko jako na pojedynczy gest pomocy, lecz jako na sposób budowania rodziny, wspólnoty i społeczeństwa.
Jan Paweł II mówił o „wyobraźni miłosierdzia”, Franciszek o „kulturze miłosierdzia”, a Leon XIV podczas spotkania w Rimini w sierpniu 2026 roku wskazał na „realizm miłosierdzia”. Trzy różne określenia, ale jeden kierunek: od dostrzeżenia człowieka do odpowiedzialności za niego. I właśnie tutaj pojawia się rodzina. To w niej człowiek po raz pierwszy uczy się zauważać drugiego. To w rodzinie dziecko poznaje, że ktoś może być zmęczony, smutny, samotny albo potrzebować pomocy, nawet jeśli niczego nie mówi.

Najpierw trzeba zobaczyć człowieka
Jan Paweł II w Novo millennio ineunte pisał o potrzebie „nowej wyobraźni miłosierdzia”. Nie chodziło mu wyłącznie o większą skuteczność pomocy, ale o zdolność stawania się bliźnim dla człowieka cierpiącego.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Można przecież pomóc komuś i jednocześnie pozostać od niego bardzo daleko. Można przekazać pieniądze, ubrania czy żywność, ale nie poznać człowieka, któremu się pomaga. Można wykonać dobry uczynek, nie zmieniając przy tym własnego sposobu patrzenia na innych. Wyobraźnia miłosierdzia zaczyna się od spojrzenia.
Od pytania: czego naprawdę potrzebuje ten człowiek?
Czasami będzie to pomoc materialna. Innym razem rozmowa. Czasem obecność przy osobie starszej, odwiedziny chorego, pomoc rodzinie znajdującej się w kryzysie, zainteresowanie dzieckiem, które pozostaje na marginesie grupy. Bywa też, że największym gestem miłosierdzia jest po prostu telefon do kogoś, kto od dawna milczy.
Miłosierdzie wymaga więc nie tylko dobrego serca. Wymaga również uważności i wyobraźni.
Rodzina jest pierwszą szkołą miłosierdzia
Zanim młody człowiek zaangażuje się w wolontariat, zanim pojawi się w parafialnej wspólnocie czy organizacji społecznej, doświadcza pierwszych lekcji odpowiedzialności w domu.
Dziecko obserwuje, jak rodzice odnoszą się do dziadków. Widzi, czy w rodzinie znajduje się miejsce dla osoby chorej, starszej, samotnej. Słyszy, jak mówi się o sąsiadach, uchodźcach, osobach ubogich czy tych, którzy popełnili błędy.
To właśnie tutaj kształtuje się odpowiedź na pytanie: czy drugi człowiek jest dla mnie problemem, czy osobą?
Miłosierdzie nie zaczyna się więc od wielkich akcji. Często zaczyna się przy kuchennym stole.
Od podania komuś herbaty.Od wysłuchania.Od cierpliwości.Od przebaczenia.Od zauważenia, że ktoś w rodzinie potrzebuje więcej czasu i uwagi.
Dopiero z takich małych gestów może powstać większa kultura wzajemnej odpowiedzialności.
Od dobrego uczynku do kultury miłosierdzia
Papież Franciszek w Misericordia et misera pisał o potrzebie rozwijania „kultury miłosierdzia”, opartej na ponownym odkrywaniu spotkania z drugim człowiekiem. Podkreślał, że nie można patrzeć obojętnie na cierpienie innych ani odwracać wzroku. Wskazywał również, że dzieła miłosierdzia przybierają różne formy i powinny dotykać konkretnego życia człowieka.
To szczególnie ważne dzisiaj.
Żyjemy w świecie, w którym możemy wiedzieć niemal wszystko o wszystkich, a jednocześnie coraz mniej wiedzieć o człowieku, który siedzi obok nas.
Media społecznościowe pokazują nam dramaty tysięcy osób. Możemy komentować, udostępniać, reagować emotikonem. Ale miłosierdzie zaczyna się tam, gdzie ekran przestaje wystarczać.
Potrzebne jest spotkanie.
Rozmowa.Obecność.Czas.Wspólne działanie.
Dlatego wolontariat może być czymś więcej niż pomocą.
Może być szkołą patrzenia na drugiego człowieka.
Wolontariat – miłosierdzie, które wychodzi z domu
Wolontariat jest jednym z najbardziej konkretnych sposobów przełożenia miłosierdzia na codzienność. Szczególnie wtedy, gdy angażują się w niego całe rodziny, dzieci i młodzież.
Młody człowiek, który pomaga seniorowi, uczestniczy w zbiórce, wspiera wydarzenie dla dzieci, odwiedza osoby samotne czy angażuje się w życie lokalnej wspólnoty, otrzymuje doświadczenie, którego nie da się zastąpić samą teorią.
Uczy się, że jego czas ma wartość.
Że jego obecność może być komuś potrzebna.
Że wspólnota nie jest miejscem, w którym tylko otrzymujemy, ale także przestrzenią, w której możemy coś dać.
W dokumencie przygotowanym na Synod Biskupów poświęcony młodym ludziom zwracano uwagę, że doświadczenia służby i wolontariatu mogą pomagać młodym odkrywać odpowiedzialność, współpracę i własne miejsce w świecie.
To ważna lekcja również dla rodziców.
Nie zawsze trzeba dzieciom tłumaczyć, że trzeba pomagać. Czasami wystarczy zabrać je ze sobą.
Polacy za granicą – miłosierdzie ma także język wspólnoty
Doświadczenie miłosierdzia nabiera szczególnego znaczenia wśród Polaków żyjących poza granicami kraju.
Emigracja to nie tylko zmiana adresu. To często życie pomiędzy językami, kulturami i przyzwyczajeniami. Dla jednej rodziny wyjazd oznacza nowe możliwości. Dla innej – samotność, tęsknotę za bliskimi, trudności językowe czy poczucie, że trudno odnaleźć swoje miejsce.
Dlatego polskie wspólnoty za granicą mogą być przestrzenią szczególnego rodzaju solidarności.
Kościół, szkoła polonijna, organizacja społeczna, harcerstwo, stowarzyszenie, grupa rodziców czy młodzieży mogą stać się miejscami, w których człowiek nie pozostaje anonimowy.
Ktoś zapyta:
„Jak sobie radzisz?”
Ktoś inny pomoże w tłumaczeniu dokumentów.
Ktoś odbierze dziecko ze szkoły.
Ktoś zaprosi samotną osobę na świąteczny obiad.
Ktoś włączy nową rodzinę do grupy.
Ktoś poświęci swój wolny czas.
To także jest miłosierdzie.
I często właśnie ono buduje wspólnotę skuteczniej niż najbardziej rozbudowane deklaracje.
Kultura miłosierdzia potrzebuje pamięci
W życiu Polaków za granicą miłosierdzie może mieć jeszcze jeden wymiar – troskę o pamięć, język i kulturę.
Dlaczego?
Bo człowiek potrzebuje korzeni, aby budować relacje.
Przekazywanie dzieciom języka polskiego, historii, tradycji, muzyki czy rodzinnych zwyczajów nie jest wyłącznie ochroną dziedzictwa. Jest również tworzeniem przestrzeni, w której kolejne pokolenie może powiedzieć: „wiem, skąd jestem i wiem, że jestem częścią czegoś większego”.
Wspólnota, która pamięta o swoich korzeniach, może łatwiej otwierać się na innych.
Kultura miłosierdzia nie oznacza zamykania się we własnej grupie. Przeciwnie – własna tożsamość może stać się punktem wyjścia do spotkania.
Realizm miłosierdzia: dobro nie jest naiwnością
W sierpniu 2026 roku Leon XIV podczas spotkania w Rimini mówił o potrzebie przeciwstawienia „fałszywemu realizmowi” „realizmu miłosierdzia”. Wskazał, że chrześcijańska odpowiedź na rzeczywistość nie może opierać się na przekonaniu, że zło można pokonać kolejnym złem. Podkreślił także, że nawet wobec osób, które się nam sprzeciwiają, należy zachować perspektywę spotkania i prawdy.
To szczególnie ważne, ponieważ miłosierdzie bywa czasami niesłusznie utożsamiane z naiwnością. Tymczasem miłosierdzie nie oznacza udawania, że zło nie istnieje.
Można nazwać krzywdę krzywdą.Można domagać się sprawiedliwości.Można stawiać granice.Można chronić słabszych. A jednocześnie nie trzeba człowieka sprowadzać wyłącznie do jego błędu. To jedna z najtrudniejszych lekcji chrześcijańskiego realizmu.
Nie chodzi o to, aby nie widzieć zła. Chodzi o to, aby nie pozwolić, by zło określiło sposób, w jaki sami zaczynamy traktować drugiego człowieka.
Miłosierdzie zaczyna się od „my”
Współczesna rodzina bardzo potrzebuje tej perspektywy.
Żyjemy szybko. Pracujemy, uczymy się, przemieszczamy między krajami i miastami. Dzieci mają szkołę i zajęcia dodatkowe. Rodzice próbują pogodzić pracę z życiem rodzinnym. Wspólnoty często działają dzięki ludziom, którzy poświęcają swój wolny czas.
W tym wszystkim łatwo powiedzieć: „Nie mam czasu”.
A przecież miłosierdzie bardzo często jest właśnie kwestią czasu.
Nie zawsze możemy rozwiązać czyjś problem.
Możemy jednak usiąść obok.
Nie zawsze możemy zmienić czyjąś sytuację.
Możemy jednak sprawić, że człowiek nie będzie przeżywał jej samotnie.
Nie zawsze możemy zrobić coś wielkiego.
Możemy zrobić coś konkretnego.
Od spojrzenia do działania
Wyobraźnia miłosierdzia uczy nas zauważać.
Kultura miłosierdzia uczy nas być razem.
Realizm miłosierdzia uczy nas działać bez naiwności, ale również bez rezygnacji z dobra.
Te trzy perspektywy można przełożyć na bardzo prosty rodzinny rytm:
zobacz – spotkaj – zrób.
Zobacz człowieka.Spotkaj się z nim naprawdę.Zrób to, co w danej sytuacji jest możliwe.
Właśnie wtedy miłosierdzie przestaje być jedynie słowem.
Staje się telefonem.Wolontariatem.Pomocą sąsiadowi.Czasem dla seniora.Zaangażowaniem młodzieży.Otwarciem drzwi dla nowej rodziny.Wspólnym działaniem Polaków mieszkających za granicą.Przekazaniem dzieciom języka i pamięci.A czasem po prostu obecnością.
Miłosierdzie, które zostaje
Można organizować wielkie akcje i szybko o nich zapomnieć. Można jednak zrobić coś znacznie trudniejszego – zmienić sposób patrzenia na człowieka.
Wtedy miłosierdzie nie kończy się wraz z wydarzeniem. Zostaje w rodzinie. Przechodzi na dzieci. Buduje relacje. Tworzy wspólnotę. Uczy odpowiedzialności.
I sprawia, że człowiek zaczyna rozumieć, że drugi człowiek nie jest przeszkodą w jego życiu, ale kimś, za kogo w pewnym sensie również jest odpowiedzialny.
Być może właśnie dlatego warto dziś wrócić do pytania, które powinno poprzedzać każdą formę pomocy:
Czy naprawdę widzę człowieka?
Bo od tego zaczyna się wyobraźnia miłosierdzia.
Od spotkania – kultura miłosierdzia.
A od odważnego przełożenia dobra na konkretne decyzje – realizm miłosierdzia.
I wtedy miłosierdzie naprawdę działa.





Komentarze